Świadectwo Piotrka

Dominika.

Pochodzę z katolickiej rodziny. Od małego chodziłem do kościoła - ale nie rozumiałem tego wszystkiego… Dlaczego tak to wszystko wygląda i po co ja tam właściwie jestem? Z upływem czasu nawet nie próbowałem się nad tym zastanowić - po prostu "chodziłem bo tak wypada, bo taka tradycja, bo mama i babcia też chodzą". Gdy miałem 8 lat zmarł mój tata. Dorastanie chłopaka, który w domu nie ma odpowiedniego wzoru, jest trudne.

Od czasu gimnazjum zacząłem słuchać i bardzo utożsamiać się z szeroko rozumianą muzyką rap i to właśnie tam zacząłem szukać wzorców zachowań, życia. Trafiali do mnie przede wszystkim polscy wykonawcy. Wszystkie teksty jak to sam jestem panem swojego losu, nikt nie będzie mi mówił jak mam żyć ubrane w „odpowiednie” słownictwo, z każdym dniem, miesiącem, rokiem – zaczęło mnie co raz bardziej staczać. W okresie licealnym, słuchałem ateistycznych wykonawców, którzy atakowali wiarę i bardzo mi się to w tamtym czasie podobało. Bardzo przeklinałem (nie potrafiłem nie raz złożyć zdania bez używania wulgaryzmów), a kłamstwo było dla mnie codziennością, szyderstwa, kradzież, opowiadanie co to nie ja, z niczym i nikim się nie liczyłem (oprócz mojej mamy). Nie odpowiadałem jej na uwagi, że w tej muzyce nie ma nic dobrego, że mnie niszczy. Najczęściej mówiłem, że słyszę w niej „tylko te pozytywne aspekty”, zatraciłem się w grzechu już tak bardzo, że nie przestałem go dostrzegać. Co jakiś czas odzywało się we mnie sumienie i szeptało, że robię źle, że to nie tak powinno wyglądać. Chciałem się zmienić, ale najczęściej ta chęć trwała tylko kilka dni. Wiedziałem, że mama bardzo mnie kocha, więc w domu nie byłem tym, kim się stawałem, zaraz za jego progiem. Nie potrafiłem, nie mogłem sprawić jej takiego bólu, ponieważ ją bardzo ją kocham - starałem się być dobrym synem. Nadal chodziłem do kościoła w niedzielę. Nie widziałem Boga w moim życiu, wcale a wręcz go zwalczałem. Uważałem, że to strasznie nudne i „siara” tak chodzić do kościoła. Mama zachęcała mnie do wspólnej modlitwy, co budziło we mnie często złość, niechęć do Boga – bo często wieczorami przesiadywałem przed komputerem. Zdarzało mi się modlić, ale tylko w czasie gdy miałem jakieś problemy. Gdzieś w podświadomości miałem zakodowane, że jak jest źle to do Boga, może pomoże, ale bywały też takie dni, że nie mogłem się modlić wcale, ponieważ bardzo niedobrze się czułem, było mi słabo. Pamiętam jak dziś słowa mamy: „Jak się modlić nie można, to znaczy, że kogoś szatan opętał.” Wywarły na mnie ogromne wrażenie. W tym czasie spotykałem się również z dziewczyną, co wpływało na mnie bardzo negatywnie, częste grzechy, masturbacja i filmy pornograficzne stały się moim uzależnieniem. Przez co w przedmiotowy sposób zacząłem traktować kobiety. W międzyczasie oglądałem film „Diaz”, po którym już kompletnie nie mogłem zrozumieć jak Bóg, jeśli istnieje może pozwalać na takie rzeczy. Przestałem o Nim myśleć. Minęło trochę czasu i zaczął się tzw. „rok osiemnastek” kilkanaście zakrapianych alkoholem imprez, gdzie raczej gubiłem umiar. Na przełomie października i listopada, coś zaczęło się dziać… Zacząłem czuć w sobie straszną pustkę, czegoś mi brakowało STRASZNIE i w tym właśnie okresie odbył się wyjazd szkolny, na rekolekcje, gdzie spotkałem egzorcystę. Dyskusja z jego udziałem, która odbyła się na forum klasy sprawiła, że zacząłem się zastanawiać, czy to możliwe, czy to jest prawdą, że Bóg tak działa, że Maryja ma tak ogromną moc i może mi pomóc. Męczyło mnie to przez jakiś czas, ale znów dał znać o sobie zły. Nie zmieniałem w życiu nic, aż do czasu ostatniej osiemnastki, gdzie naprawdę przegiąłem z alkoholem, wracając autem z miejscowości oddalonej od mojego domu o kilkadziesiąt kilometrów, zwymiotowałem na siebie w samochodzie, który prowadzili rodzice mojej przyjaciółki. Nie pamiętam jak dokładnie wróciłem do domu, ale obudziłem wtedy mamę i jej wzroku nie zapomnę do końca życia. Żal, rozpacz, złość, ciężko powiedzieć co przez to spojrzenie mówiło, ale strasznie mną wstrząsnęło, coś we mnie pękło… Stwierdziłem, że koniec z takim życiem, tak bardzo tego chciałem, że byłem gotowy wstąpić do seminarium. Nie chciałem nigdy więcej zawieść mamy. Poczułem to uczucie pustki ze zdwojoną siłą i jakiś czas po tym wydarzeniu szukając książki o gwiazdach, znalazłem inną „Rozważania o wierze” autorstwa ks. Dajczera i zacząłem ja po prostu czytać. Poruszyła moje serce, koniecznie chciałem zacząć tak żyć, dużo czytałem, dyskutowałem na tematy religijne w domu i czułem jak uczucie pustki się zapełnia przez miłość Jezusa, jak On zmienia moje życie. Ta sama muzyka, która zaczęła mnie pogrążać, zaczęła mnie wciągać z bagna w którym siedziałem, artyści tacy jak: Medium (obecnie Tau), Bęsiu, Poison, Arkadio, Mak Makowski, Under, ks Jakub Bartczak i wielu innych dali mi nadzieję, na wyjście z grzechu i radość życia z Jezusem. Godziny obejrzanych konferencji i kazań. Zacząłem się modlić. Czytałem początkowo Listy znajdujące się w Nowym Testamencie (od najkrótszych zaczynając oczywiście) kończąc na Ewangeliach, przeczytałem całość w mniej więcej 3 tygodnie. Zafascynowało mnie to, zachciałem żyć wiarą i radością jeszcze bardziej! Przekleństwa z którymi miałem problem, zniknęły, tak po prostu, Dobry Jezus dał mi łaskę, obudziłem się pewnego ranka i po prostu nie przeklinałem (sam nie potrafiłem się oduczyć, kilkukrotnie próbowałem), przestałem kłamać, prawda mnie wyzwoliła. Żyję w czystości seksualnej, która była dla mnie ogromnym problemem – ale dla Boga, nie ma nic niemożliwego. Dzięki Niemu, stałem się prawdziwym człowiekiem - mężczyzną. Złożyłem przysięgę, że do końca życia nie będę pił alkoholu, której trzymam się mocno. Jestem szczęśliwym gościem, który pragnie iść zawsze za Jezusem i dzielić się Nim z innymi.